Tags
Jedzenie jest najczęściej obowiązkiem. Trzeba coś zjeść, bo żołądek się domaga. Jemy więc z obowiązku. Czasem napychamy się nie zwracając nawet uwagi na to, co jemy. Znacznie rzadziej jedzenie jest przyjemnością, a jeszcze rzadziej jest przygodą. W Azji, szczególnie tej południowo-wschodniej jedzenie może być szczególnie interesującą, a czasem bardzo wyrafinowaną przygodą. Wyobraźmy sobie zupę z płetwy rekina – droga, smaczna, ale osiągalna tylko w tej części świata. Albo coś takiego jak abalone. Nawet słownik MS Worda nie chce zaakceptować tej nazwy i podkreśla ją na czerwono. Ten stosunkowo mały małż osiąga zawrotne ceny w okresie chińskiego nowego roku. Jest w każdym sklepie, w puszkach dużych, małych i na wagę. Sos abalone jest niezmiernie rzadką przyprawą i udało mi się go kupić dwa razy w moim całym życiu.
Kilka dni temu widziałem długą kolejkę ludzi stojących przed sklepem ze słodzonym, pieczonym, i prasowanym mięsem. Pewnie nigdy nie próbowaliście słodkich, suszonych kiełbasek z wieprzowiny? Kiedyś kupiłem dwie sztuki, w domu każdy z nas spróbował jednej z nich, a druga leżała w lodowce przez długie tygodnie i czekała na smakoszy. Podobnych rarytasów jest tu więcej. Są jednak wśród nich takie, które nawet bardzo wybrednym Europejczykom będą smakować pod warunkiem, że odważymy się spróbować. Z tym ostatnim jest najtrudniej. Często widzę jak Europejczycy lub Amerykanie wędrują od restauracji do restauracji, przeglądają menu lub wystawy i nie mogąc się zdecydować idą do innej restauracji. Jest to bardzo typowe i nie będę udawał, że ja nie byłem taki sam. Trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do smaku kulinarnych rarytasów Azji i, co ważniejsze, do ich wyglądu. Ciekawe jest, że w Polsce tzw. chińskie restauracje serwują jedzenie, które wygląda jak chińskie, ale ma smak jedzenia polskiego. Kiedyś mi wytłumaczono, że gdyby tam serwowano potrawy mające autentyczny smak chińskiej kuchni to nikt by tego nie chciał jeść. Pod względem jedzenia jesteśmy bardzo konserwatywni, chyba dużo bardziej niż pod każdym innym względem. Jesteśmy w stanie ubrać na siebie najbardziej egzotyczną szmatę i nie będzie mu to przeszkadzać. Natomiast przełkniecie jednej łyżki krewetek w sosie hoisin może już nie być takie proste. Kiedyś byłem z kolegami w koreańskiej restauracji w Cheongju. Przyniesiono nam na stół główne danie oraz kilkanaście małych talerzyków z tzw. przystawkami. O ile pamiętam tak to się u nas nazywa. Ciekawostką było to, że duża część z tych przystawek to były różne chrząszcze i drobne krewetki w skorupkach, pieczone z chili na chrupko. Smaki były bardzo inne od wszystkiego, co znałem, ale można było je zjeść.
W Singapurze, podobnie jak w wielu innych krajach Azji, jest wiele miejsc, gdzie znajduje się kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt stoisk z jedzeniem, i jest zazwyczaj jedna duża sala, gdzie się spożywa kupione jedzenie. Nie jest tam ani czysto, ani cicho. Wręcz przeciwnie. Te miejsca bywają bardzo hałaśliwe. Nie mniej tam właśnie należy odkrywać atrakcje kulinarne Azji. Niektóre z tych miejsc w ostatnich latach zostały doprowadzone do stanu przypominającego dobre bary na zachodzie, ale hałasu nie udało się wyciszyć. Wyobraźmy sobie kilkaset ludzi jedzących, rozmawiających, zamawiających jedzenie, parę osób sprzątających, itd. To jest źródło hałasu i do tego musimy się przyzwyczaić, jeśli chcemy delektować się kulinarnymi atrakcjami Azji.

Tu wybieramy sobie nasze dania z dowolnego stoiska i tu je spożywamy zostawiając za sobą brudne naczynia.
Jedzenie w takich miejscach jest jednak najpopularniejszym rozwiązaniem w całej Azji. W domu gotuje się rzadko. Większość ludzi chcąc coś zjeść wychodzi z domu, odszukuje najbliższe miejsce gdzie jest duży wybór jedzenia, zamawia coś i sprawa załatwiona. Nie trzeba marnować czasu w kuchni, nie trzeba zmywać naczyń po obiedzie, a kosztuje to niewiele więcej niż jedzenie przygotowywane w domu. Taki sposób żywienia ma swoje źródło w przeszłości. W wielu chińskich wsiach była jedna kuchnia dla całej wsi. Ludzie po skończeniu pracy w polu szli do wspólnej kuchni i tam zjadali kolację. Kiedy ktoś się przenosił do miasta, wtedy wyszukiwał w pobliżu swojego domu jakąś jadłodajnię, która zastępowała mu wspólną kuchnię ze wsi. W Hong Kongu i Macao wiele domów ma na parterze restaurację, w której żywią się mieszkańcy tego oraz wielu innych okolicznych domów. Częstym widokiem jest ktoś, kto schodzi w piżamie na śniadanie, lub inny posiłek do takiej restauracji.
Jak to wszystko wygląda? Oto nasz wczorajszy wieczór i kolacja w jednym z takich miejsc.
Jest już późny wieczór. Wracamy z wyprawy do odległego parku. Trzeba coś zjeść, bo to taka pora. Za godzinę będzie już trudno cokolwiek kupić. Przy drodze Pasir Panjang, co znaczy ‘długi piasek’ znajdujemy miejsce pod dachem, dużo stoisk z jedzeniem, czyste stoły i tłum ludzi.
Przechodzimy wzdłuż trzech rzędów tablic, na których są podświetlone obrazki potraw serwowanych przez dane stoisko. Jest tu tak wiele, że trzeba przejść kilka razy, aby w końcu zdecydować się na coś. Każde z nas ma ochotę na coś innego. Tylko Sulimir nie ma problemów z wyborem – kakao, tzw. milo, z lodem jest wszystkim, co jest mu potrzebne do szczęścia. Dla mnie jest to akurat trudny wybór. Jest tu dużo tzw. morskiego jedzenia przyrządzonego na wiele sposobów. W stoiskach z jedzeniem malajskim są te ich fantastyczne laksy, smażone ryże z morskimi dodatkami, zupy z różnego rodzaju pierogami lub z fish balls czyli kulkami rybnymi. Te ostatnie intrygują mnie najbardziej. Jak oni je robią, że te kulki mają lekko gumowatą konsystencję i nie jest suche jak nasze kotlety rybne? Po drugiej stronie sali są stoiska z jedzeniem chińskim. Tu jest ten wspaniały ryż z kurczakiem. Kurczak gotowany, a właściwie parzony przez wiele godzin jest miękki i nie jest łykowaty. To już umiemy zrobić w domu i jest to sztuka kulinarna nieznana w Polsce. Jest tu dużo innych smakołyków, ale na coś trzeba się zdecydować.
W końcu przy jednym z malajskich stoisk decyduję się na specjalny smażony ryż z krewetkami długości ponad 15 cm. Nazywa się to nasi goreng campung i dobrze przyprawiony jest wyjątkowym smakołykiem. Zamawiam i odchodzę do jednego z wolnych stolików. Sulimir już tam siedzi ze swoim milo, a jego rodzice mogą zacząć się rozglądać za czymś dla siebie.
Czekam kilkanaście minut aż pojawia się szczupły starszy Malaj z talerzem mojego ryżu. Płacę mu 4 dolary singapurskie, czyli około 10 zł. Teraz kupuję jeszcze Tiger Bier i to wszystko, co jest mi potrzebne do szczęścia po długim spacerze przez parki nadbrzeżne. Ryż okazuje się wyjątkowo dobrze zrobiony, krewetki upieczone akurat tak, jak powinny. Nie są ani za twarde ani za miękkie. Duża ilość warzyw wmieszanych do ryżu sprawia, że ma on bardzo bogaty smak. Przypraw jest też odpowiednia ilość, ani za dużo ani za mało. Jem więc wolno, delektując się każdą odrobiną jedzenia.
W jadalni powoli zaczyna ubywać ludzi. To już ta godzina, kiedy to większość singapurczyków jest po kolacji, a właściwie po objedzie, bo tak tutaj nazywa się kolację. Na zewnątrz robi się już ciemno. Powiewa chodny wiatr. Powietrze jest ciepłe, ale rześkie. Za kilka dni będzie mi tego brakowało. Tymczasem cieszę się każdą minutą tutaj spędzoną.
Dodatek dwa dni później
Pora lunchu. W pobliżu miejsca gdzie mieszkam odkrywam sympatyczne miejsce do jedzenia. Restauracja położona jest na uboczu i nawet w porze lunchu nie ma tam zbyt wielu ludzi. Jedzenie, jak zwykle w Singapurze jest fantastyczne. Oto jest to miejsce i danie, które zamówiłem.
Na zakończenie dla tych, co chcą wiedzieć jak przyrządza się ryż ‘nasi goreng kampung’ krótki film instruktarzowy na youtube.